Aktualności

Rozdział 23 pojawi się do 10 maja.
-adeczka45
edit: 24.04.2016

niedziela, 24 kwietnia 2016

Rozdział 22 Część 2-Księga 1

OGŁOSZENIA PARAFIALNE
Mam dla was dwie ważne wiadomości:
     Po pierwsze: Z przyjemnością chciałabym ogłosić, że do blog ma nowego współtwórcę!!! Julia będzie zajmować się wcielać w postać Clary, fragment jej pracy pojawia się w jej dzisiejszym rozdziale. Mam nadzieję, że powitacie ją radością, a także, że spodoba się wam jej styl pisania i historia, którą zamierza wam opowiedzieć.
     Po drugie: Przepraszam was, misie za tak długą nieobecność, ale w ciągu kilku ostatnich tygodni naprawdę dużo się u mnie działo. Musiałam poukładać kilka spraw, kilka wciąż czeka na ich rozwiązanie. Z tego powodu musiałam odpuścić sobie trochę bloga, za co was bardzo przepraszam. Zniknęłam również ze strefy czytelniczej. Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe. Od dnia dzisiejszego postanawiam jednak powrócić na bloggera. A co za tym idzie:
  • Od dzisiaj rozdziały będą się pojawiać REGULARNIE, czyli co DWA tygodnie, w NIEDZIELE o godzinie 20:00. 
  • Jeśli czas mi na to pozwoli, nie wykluczam, faktu, że rozdziały mogą się pojawiać wcześniej. 
  • O każdej zmianie w terminie wstawienia rozdziału będę was informować na bieżąco, pod rozdziałem lub w specjalnie przeznaczonej do tego przestrzeni na blogu.
  • Jeśli chcecie być informowani o wstawieniu nowego rozdziału na bieżąco, proszę o podanie adresu e-mail lub innej formy kontaktu w komentarzu pod tym postem!
Nie przedłużając, zapraszam do czytania :*
-adeczka45

***Clary***

     Chłodne wieczorne powietrze, wypełnia szklarnię, wpadając do pomieszczenia przez otwarte drzwi.
     Wiosna w tym roku nie należy do najcieplejszych, myślę, z całej siły starając się odgonić myśl, która kołata się w mojej głowie od paru dobrych dni.
     Muszę porozmawiać z Jace'm. Muszę z nim porozmawiać. Muszę, muszę, muszę.
     Nieważne jak bardzo boję się tej rozmowy, jego reakcji. Musi poznać prawdę. Wystarczająco długo żyliśmy w kłamstwie, raniąc siebie nawzajem. 
     Wzdycham cicho i ruszam korytarzami Instytutu Pomimo faktu, że moje dłonie drżą, a serce wali w mojej piersi, nieugięcie kieruję się w stronę pokoju Jace'a. Staję, przed wejściem, moja dłoń zawisa w powietrzu. Toczę wewnętrzną walkę z samą sobą. Zdenerwowanie wygrywa to starcie, lecz dokładnie w momencie, kiedy mam się wycofać, drzwi otwierają się z cichym skrzypnięciem. W progu stoi Jace. Zastygam w miejscu, wpatrując się w niego z konsternacją.
     - Clary? - pyta cicho. Po jego zazwyczaj niewzruszonej twarzy przebiega cień smutku i zaskoczenia.  - Co tu robisz? - dodaje po chwili, wpatrując się we mnie wyczekująco.
     Przełykam ciężko ślinę i przymykam na chwilę oczy, nie wiedząc od czego zacząć. 
     -Musimy porozmawiać, Jace - szepczę cicho,  ponownie spoglądając w jego oczy. 
     W odpowiedzi chłopak wycofuje się tylko w głąb pokoju, robiąc mi miejsce w drzwiach. Zdenerwowana wchodzę do jego pokoju, nerwowo bawiąc się palcami. Jace wskazuje dłonią łóżko, sugerując, żebym na nim usiadła.  On za to opiera się o ścianę na przeciwko mnie, czekając na wyjaśnienia. 
     - Pamiętasz moment, kiedy dowiedzieliśmy się, że jesteśmy rodzeństwem? - zaczynam niepewnie, przerywając nieznośną chwilę ciszy.
     Ryzykuję, szybki rzut okiem w jego stronę. Jego twarz stężała, przybierając wyraz lekkiej irytacji.
     Od razu żałuję, że na niego spojrzałam
     - Dlaczego poruszasz akurat ten temat? - pyta Jace.
     W jego głosie wychwytuję nutkę rozgoryczenia. Spuszczam wzrok, nie mogąc dłużej patrzeć w jego smutne oczy. 
     - To było kłamstwo - szepczę cicho. Mój głos drży, zdradzając stopień mojego zdenerwowania
     - Clary... - wzdycha Jace, przeczesując włosy dłonią. - Skąd możesz to wiedzieć?
     W jego słowach ból, zlewa się z udręką i bezgraniczną tęsknotą, którą mogę odczytać teraz z jego twarzy.
     - Sydney wszystko mi wyjaśniła. Nie jesteśmy rodzeństwem... Nigdy nie byliśmy....
     - Przestań - warczy,przerywając moją wypowiedź. Przenosi spojrzenie swoich złotych oczu, rozpaczliwie wpatrując się w świat za oknem.
     - C-czemu miałabym? - pytam, podnosząc się z łóżka
     - Clary, uzgodniliśmy coś- mruczy zirytowany, wracając spojrzeniem do moich oczu- Uzgodniliśmy, że zapomnimy o sobie. O tym co się wydarzyło.- złość w jego głosie, sprawia, że do moich oczu napływają niechciane łzy.- Nie możemy być razem. Pogódź się z tym, Clary- mówi, odsuwając się ode mnie - Ja zrobiłem to już dawno.-dodaje szeptem
      - Jace...-zaczynam
      -Nie- przerywa mi- Po prostu stąd wyjdź.
     -Myślałam, że mnie kochasz... - mówię bezsilnie, kiedy gorące łzy spływają po moich policzkach
     W jego oczach nie zauważam ani krzty ciepła.
     - Nie-odpowiada, kręcąc głową - Nie kocham Cię. Przestań być taka naiwna-dodaje, trafiając prosto w moje serce.
     Cofam się o krok, pod wpływem niewidzialnego uderzenia, które posłał w moją stronę. Drżę, kiedy wypadam przez drzwi, z całej siły powstrzymując się, żeby zatrzymać głośny szloch, kiełkujący w mojej piersi
     -Zapomnij o mnie tak jak ja zapomniałem o tobie.- słyszę jeszcze, zanim drzwi zamykają się z hukiem, a łzy, całkowicie przesłaniają mi pole widzenia.
***
     Tej nocy nie spałam. Siedziałam na łóżku, wpatrując się w ciemność i wsłuchując się w dźwięk mojego spokojnego oddechu.
     Siedziałam, nie uroniwszy ani jednej łzy.
***
Następnego ranka...
***Sydney***
     Z cichym jękiem rozchylam ciężkie powieki. Siadam na łóżku, przecierając wierzchem dłoni zaspane oczy. Rozglądam się po moim pokoju, starając się określić jak długo byłam nieprzytomna. Krzywię się lekko, kiedy uświadamiam sobie, że właśnie nazwałam pokój w nowojorskim instytucie MOIM pokojem. Uleczenie James'a chyba nieźle namieszało mi w głowie.
     Na łóżku po mojej prawej stronie śpi Tom. Jego równomierny oddech unosi delikatnie pasma moich włosów. Unoszę dłoń, po czym gładzę palcami jego policzek, który pokrywa kilkudniowy zarost. Ciemne cienie pod oczami świadczą o tym, że jest naprawdę wycieńczony. Prawdopodobnie spędził kilka poprzednich nocy czekając aż się obudzę.
     Uśmiecham się lekko, a następnie powoli zwlekam się z łóżka. Mój ciało wciąż jest bardzo obolałe, nie umiem, więc powstrzymać cichego sapnięcia, kiedy już stoję na własnych nogach. Ktoś mnie umył i przebrał, pozbywając się w ten sposób krwi James'a z mojej skóry. Zaciskam mocno powieki, zastanawiając się jak Jay się czuje. Do tej pory powinien już się ocknąć.
     Wchodzę do łazienki, gdzie biorę ciepły prysznic. Woda spłukuje ze mnie częściowe zmęczenie, kojąc moje nerwy. Po kąpieli zakładam na siebie jeden z t-shirtów Tommiego i  wycieram mokre włosy ręcznikiem. Spoglądam na siebie w lustrze. Cienie pod oczami wyraźnie odznaczają się na tle mojej bladej skóry. Wzdycham cicho, zaplatając wilgotne kosmyki w luźny warkocz, po czym opuszczam łazienkę, z trzaskiem zamykając drzwi.
     - Syd?- zaspany głos Tom'a, dochodzi do moich uszu
     - Przepraszam.- odpowiadam z poczuciem winy
     - Sydney...- szepcze chłopak zrywając się z łóżka, wpatrując się we mnie z niedowierzaniem.
     Ma na sobie czarne jeansy, w których zasnął poprzedniego wieczoru, jego szara koszulka leży zmięta w nogach łóżka.
     - Nie chciałam Cię obudzić-kontynuuję, przepraszająco- Wiem, że jesteś zmęczony, ale ja naprawdę...
     Urywam w momencie, kiedy brunet rzuca się przez pokój. Z pędem porywa mnie w silny uścisk, niechcący przewracając nas na ziemię. Thomas wtula twarz w zagłębienie mojej szyi, tuląc mnie do siebie. Cichy śmiech wydobywa się z moich ust, kiedy oplatam go rękoma w pasie.
     - Syd...- szepcze Tommy, unosząc lekko głowę
     Nasze oczy się spotykają, kiedy unoszę dłoń, żeby pogładzić jego szorstki policzek. Jego wzrok wyraża ulgę i tęsknotę, jednocześnie mieszające się z udręką. Zamieram, od intensywności tego spojrzenia, kręci mi się w głowie. Nasze twarze dzielą  milimetry, a ja wstrzymuję oddech w oczekiwaniu.
     Tom opiera czoło o moje czoło, z sykiem wciągam powietrze. Oddychamy tym samym, gorącym powietrzem. Przenoszę dłoń na jego kark, przyciągając go lekko do siebie. Palce bruneta głaskają moją szczękę, jego ciężki oddech, wypełnia pełną napięcia ciszę. Przez moje ciało przechodzi dreszcz, kiedy jego suche wargi delikatnie muskają moje usta. Wplatam palce w jego włosy, kiedy drzwi otwierają się z lekkim trzaśnięciem.
     -Przyniosłam Ci trochę ka... O Boże.
     Thomas gwałtownie odrywa się ode mnie, podnosząc się z podłogi. Wypuszczam głośno powietrze, po czym siadam na posadzce. Przenoszę roztargnione spojrzenie na Clary, której policzki przybierają rumianą barwę. Thomas wyciąga z torby czysty t-shirt i zakłada go na siebie, zasłaniając w ten sposób nagą pierś. przed ciekawskim spojrzeniem rudowłosej.
     - Przepraszam, że wtargnęłam bez zapowiedzi- mówi Clay z zakłopotaniem przenosząc spojrzenie z Tom'a na mnie i z powrotem- Po prostu pomyślałam, że przydałaby Ci się kawa...Nie wiedziałam, że...- plecie trzy po trzy, wskazując na mnie ręką, po czym kręci zażenowana głową- W każdym bądź razie- dodaje, odzyskując trochę pewności siebie - Razem z James'em robimy śniadanie, więc jeśli macie ochotę...
     -Pomogę wam- przerywa jej Thomas, wsuwając stopy w japonki stojące przy łóżku
     Spoglądam na niego lekko zaskoczona, jak i zawiedziona. Chłopak jednak unika mojego spojrzenia, po czym z prędkością światła wychodzi z pokoju, ciągnąc za sobą protestującą Fray.              Drzwi zamykają się z hukiem, a ja zostaję sama ze sobą. Powoli podnoszę się z podłogi, ukrywając twarz w dłoniach Kręcę głową, kiedy z cichym jękiem rzucam się na łóżko. Wtulam twarz w poduszkę, a w mojej głowie kołacze tylko jedna myśl.
Co tu się właśnie wydarzyło?
***


piątek, 22 stycznia 2016

Rozdział 22 Część 1- Księga I

***Thomas***
Równomierny oddech czarnowłosej to jedyna rzecz na jakiej skupiałem się w ciągu ostatnich trzech dni. Będzie nieprzytomna jeszcze przez co najmniej dwa dni. Dzisiaj jej skóra nabrała trochę więcej koloru, lecz jej ciało wciąż jest straszliwie wyziębione. 
Okryłem ją szczelniej kołdrą, po czym odgarnąłem hebanowy kosmyk, który opadł na jej twarz. Pogładziłem jej chłodny policzek, myśląc o tym, jak bardzo pragnę, żeby już teraz otworzyła swoje piękne oczy i obdarzyła mnie tym uroczym zaspanym spojrzeniem.
Mruknąłem cicho zirytowany, kiedy po raz tysięczny w przeciągu trzech dni słyszę pukanie do drzwi.
Złożyłem lekki pocałunek na czole czarnowłosej, po czym zwlokłem się z łóżka.
Zastanawiałem  się kogo ujrzę pod drzwiami tym razem. W ciągu ostatnich trzech dni była tu istna pielgrzymka. Lightwood, bodajże Alexander, James, który zdążył się już obudzić i ledwo trzymał się na nogach. Wpadł też Nathan, któremu lekko mówiąc kazałem iść do diabła. O dziwo, Magnus okazał się być całkiem pomocny, mówiąc wszystkim, żeby dali nam wreszcie spokój. Trochę pomogło.
Otworzyłem drzwi mocnym szarpnięciem, wpuszczając do pokoju falę zimnego powietrza.
- Wyglądasz fatalnie, Tom- spuściłem niżej wzrok, żeby spojrzeć w oczy młodej Morgenstern.
- Nie sposób się nie zgodzić- odpowiedziałem, uśmiechając się krzywo.
W ciągu tych trzech dni, to Clary była jedyną osobą z którą rozmawiałem. Może dlatego, że nie zadawała zbędnych pytań. A może dlatego, że zawsze przynosiła mi kawę i coś do jedzenia.
Wpuściłem dziewczynę do środka. Zielonooka zajęła miejsce na fotelu, stojącym obok łóżka, po czym podała mi kawę i bajgla z sałatą i serem.
Naprawdę zdążyłem polubić tego małego rudzielca.
Przysiadłem na łóżku obok Sydney, chwytając w dłoń gorący kubek.
- Lepiej z nią?- spytała cicho Fray
Westchnąłem, przeczesując włosy palcami.
- Troszeczkę.-odpowiedziałem, gładząc blady policzek czarnowłosej
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, pijąc swoją zieloną herbatę.
-Widać to, wiesz?-głos nastolatki wyrywał mnie z zamyślenia.
-Co?-spytałem lekko zaskoczony, odwracając się w stronę Clary
Uśmiech rudowłosej poszerzył się nieznacznie.
-Kochasz ją.-stwierdziła, po czym bierze łyk gorącego napoju- A ona kocha Ciebie.
Złożyłem usta w smutnym uśmiechu,
- W końcu jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi.
Clary zmrużyła swoje zielone oczy, ukazując w ten sposób swoje podirytowanie.
-Wiesz o czym mówię, Tom. Kochasz ją w ten sposób.
W pokoju zaległa cisza. Napiłem się kawy, wpatrując się w spokojną twarz Sydney. Jej klatka piersiowa unosiła się lekko w rytm jej cichego oddechu.
- A jakie to ma znaczenie?- mruknąłem pod nosem- Jestem dla niej jak brat. Na Anioła, czyż to nie jest zabawne? Ja i James. Jesteśmy w niej cholernie zakochani, lecz ona traktuje nas jak braci. Jedyną osobą, która naprawdę cieszy się z tego miana jest chyba Chris.
-Chris?- spytała dziewczyna zaciekawiona
-Christopher to kuzyn Sydney. Jest od niej starszy o dwa lata. Ojciec Syd adoptował go, kiedy jego rodzice zginęli. Chris miał wtedy 5 lat. Eric za bardzo kochał siostrzeńca, żeby wysłać go do Akademii, więc zabrał go z twoim bratem i Sydney do Australii.
-Nie rozumiem.- szepnęła zagubiona dziewczyna- Co robił tam Johnatan? Sydney mówiła mi, że nasi rodzice byli blisko,ale...
- Powiedziała Ci o tym?-spytałem lekko zaskoczony. Czarnowłosa rzadko się komuś zwierza.- O tym kim jest też?
- Chodzi Ci o to, że naprawdę ma na imię Samantha?- spytała, na co ja odpowiedziałem lekkim skinięciem głowy.- Tak, ale za wiele mi to nie mówi?
Zszokowany patrzyłem na rudowłosą.
-Nie słyszałaś o niej? Widać, że jesteś w naszym świecie nowa.- odpowiadziałem z przekąsem
Dziewczyna w odpowiedzi posłała mi ironiczny uśmiech.
- Syd to żywa legenda, Clary. Serio. Wątpię w to czy mówiła Ci o tym kim są nasi rodzice. Prawdę mówiąc poznaliśmy się z Syd, właśnie dzięki nim.- powiedziałem, po czym odgryzłem kawałek bajgla.- Moja mama jest Konsulem. Kiedy Sydney miała 12 lat jej tata został wybrany na Inkwizytora. Dlatego musieli wrócić z Australii.
-Z Australii?
- Sydney urodziła się  w Australii. A dokładniej w Sydney. Kocha tamtejsze miasta, ludzi, klimat i plaże. Nigdy nie lubiła imienia Samantha. Kazała nazywać się Sydney. Jedyną osoba, która wciąż dąży do jej oryginalnego imienia jest Eric (od aut. ojciec Syd). Boże, Syd zawsze się krzywi kiedy nazywa ją "swoją, małą Sammy".- opowiadałem ze śmiechem
Rudowłosa uśmiechała się lekko słuchając mojej opowieści.
- Wracając do Samanthy. W naszym świecie jest znana jako bezlitosna Nocna Łowczyni. Perfekcyjna w każdym calu. Nigdy nikt jej nie pokonał. W niczym. Ale swoją 'wielkość'zawdzięcza czemuś czemu nie podołał jeszcze nikt. Sydney zabiła Abbadon'a. I wiem, że nie ma się co szczycić morderstwem, lecz od powstania tego świata żadne stworzenie nie śmiało nawet powiedzieć złego słowa o wielkich demonach. A Sydney, moja Sydney zabiła ich króla.
- "Perfekcyjna w każdym calu."- mruknęła Nocna Łowczyni pod nosem-To by się zgadzało.
Puściłem jej uwagę mimo uszu.
-Miała szesnaście lat,  kiedy to zrobiła. Wszyscy znali ją już dużo wcześniej. Od dawna było wiadome, że dokona wielkich rzeczy.
-Chodzi Ci o jej moc?
- Moc? -parsknąłem mrocznym śmiechem- Nie nazwałbym tego mocą.  Raczej darem. Darem, za który każdego cholernego dnia musi płacić wysoką cenę. Na Anioła,  Clary, nie zdajesz sobie sprawy z tego jak bardzo ona cierpi.  A fakt, że czasami musi zmagać się z tym sama, bo  nie zawsze mogę przy niej być,  naprawdę mnie dobija. 
- To nie twoja wina, Thomas. 
- Wiem, że to nie moja wina. Nie mogę odwrócić tego,  co zrobiła jej Katherine.  Ale jeśli jestem w stanie chociaż odgonić jej koszmary, zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby tak się stało. -westchnąłem, ukrywając twarz w dłoniach- Syd powiedziała kiedyś,  że jestem jej własnym promieniem światła. Że kiedy jestem blisko niej, ciemność, która ją otacza znika. Nie całkowicie,  ale szarówka jest lepsza niż kompletna ciemność.
Przez kilka kolejnych minut siedzieliśmy w ciszy, zatopieni we własnych myślach.
-Co powiesz na Kalifornię?- spytałem, wyrywając ją z zamyślenia.
-Hmmm?- mruczy lekko zaskoczona
- Pomyślałem, że Sydney przydałyby się małe wakacje. No wiesz, po tym co się stało, stwierdziłem, że mogłaby się trochę odprężyć. -powiedziałem- Słyszałem, że nigdy nie byłaś poza stanem. Myślę, że Syd nie miałaby nic przeciwko gdybyś pojechała z nami.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł. Nie chcę wam w niczym przeszkadzać. Poza tym nie mam pieniędzy na wyjazd.
Słysząc jej słowa machnąłem tylko ręką.
-Pieniądze to nie problem, Clary. Syd i Chris mają dom w Santa Barbara. Jeśli masz ochotę możesz ze sobą James'a czy któreś z Lightwood'ów.
-Nawet Jace'a?- spytała cicho
-Nawet Jace'a. - odetchnąłem głęboko
- I mam uwierzyć, że Syd to nie przeszkadza?- ironiczny uśmiech rozkwitł na jej twarzy
- Zajmę się Sydney. Poza tym, uważam, że twoja mama chciałaby, żebyś dała sobie chwilkę wytchnienia.
-Chyba masz rację- ruda westchnęła lekko
-To jaka będzie twoja decyzja?
- Z chęcią pojadę- odparła po chwili z nieśmiałym uśmiechem.

15 godzin później...
***Sydney***
Biegłam, choć tak bardzo starałam się zatrzymać. Moje nogi poruszały się wbrew mojej woli. Potykałam się o wystające krzewy kolczaste, co chwila upadając na kolana. Powoli opadałam z sił, dygotałam z zimna. Jasna poświata utworzona przez księżyc oświetlała mi drogę przez zarośla. Mroczny las napawał mnie uczuciem, którego tak dawno nie czułam. 
Napawał mnie strachem.
Zarośla stopniowo się przerzedzały, zamieniając się w otwartą polanę. Chłodna mgła wiła się wokół moich nagich kostek, a powietrze, które wypuszczałam z ust, zamieniało się w szare dymki pary. Kiedy dotarłam na sam środek rozległej polany, moje nogi gwałtownie się zatrzymały. Ze zmęczenia opadłam na kolana, zwijając się w kłębek, próbując choć trochę się ogrzać.
-Dawno się nie widzieliśmy, Sunny.
Znajomy głos, sprawił, że moje serce zaczęło bić szybciej. Mój puls jednak nie zamienił się w szaleńczy galop ze względu na ekscytację. 
To również był strach.
Z przerażeniem rozejrzałam się po polanie, szukając źródła głosu. W odległości zaledwie kilku kroków, stał on, w całej swojej chwale. Jego jasne włosy wciąż układały się w uroczym nieładzie, a błękitne oczy patrzyły na mnie, tak jakby mógł zobaczyć najciemniejsze zakątki mojej duszy.
-Sebastian- mój ochrypły szept, był tak cichy, że ledwie ja go słyszałam
Chłopak pokonał dzielącą nas przestrzeń, po czym uklęknął przede mną. Z czułością ujął moją twarz w dłonie, zakładając zabłąkany kosmyk moich włosów za ucho. 
I nie ważne jak bardzo tego nie chciałam, moje ciało zadecydowało za mnie.
Przywarłam do niego całym ciałem, wtulając się w jego ramiona. Blondyn zamknął mnie w silnym uścisku, tuląc mnie do swojej piersi. Wsunęłam się na jego kolana, ukrywając twarz w jego klatce piersiowej. Gwałtowny szloch wstrząsnął moim ciałem, gorące łzy spłynęły po chłodnych policzkach.
-Już dobrze, Sunny. Zaopiekuję się tobą.- szeptał, gładząc mnie po plecach.
Wczepiłam mocno palce w jego podarty t-shirt, łkając cicho. Płakałam z tęsknoty. Z tęsknoty za nami. Za nim. Za beztroską dziewczyną, którą byłam kiedyś. Dziewczyną, która nie żyła przeszłością, nie tkwiła w teraźniejszości, ani nie martwiła się o przyszłość. Dziewczyną, która była szaleńczo zakochana, w tym blondwłosym chłopcu, który teraz obejmował ją czule. Dziewczyną, która ślepo wierzyła w każde jego słowo.
-Wszystko będzie dobrze, kotku.-szeptał w moje włosy- Nie pozwolę, żeby ktoś Cię skrzywdził.
Tak, definitywnie nie byłam już tamtą dziewczyną.

czwartek, 14 stycznia 2016

Rozdział 21- Księga I

***Sydney***
Razem z Clary wybiegamy z pokoju, podążając za echem krzyku, dobiegającego z biblioteki. 
Wszyscy mieszkańcy Instytutu zgromadzili się wokół sprawcy zamieszania. Kiedy wpadamy do biblioteki, pierwszy odwraca się w naszą stronę Thomas. Na szczęście nic mu nie jest. I już mam rzucić się w jego ramiona, kiedy zauważam wyraz jego twarzy. 
On się boi. O mnie.
Jego blada twarz napawa mnie niepokojem, a smutne spojrzenie zabiera mi zdolność oddychania.
- Nie powinnaś na to patrzeć, Syd.- szepcze cicho, przytrzymując mnie w talii
Wyrywam się z jego uścisku, nogi same niosą mnie na przód.
Czarna maź, która niegdyś była krwią pokrywa podłogę wokół ciała rannego. Jasna koszula, podarta w niektórych miejscach odsłania rozległą ranę brzuszną. Spoglądam na jego bladą twarz, zdradzieckie łzy cisną się do moich oczu. Podbiegam do niego, lecz moje nogi nie są w stanie dłużej utrzymać ciężaru, który właśnie spadł na moje ramiona. Moje serce pęka na miliony kawałeczków, kiedy padam na kolana, przyciskając dłonie do rany.
- Jamie...- szepczę, a gorące łzy spływają po moich policzkach.
Chłopak  krzywi się lekko.
- Iratze nie działa. To czarna magia. Nie mogę mu pomóc. - mówi Magnus-Ty nie możesz mu pomóc.- dodaje ciszej
Spoglądam w smutne oczy James'a. Przed moimi oczami stają nagle wszystkie te chwile, które spędziliśmy razem. Ciężkie łzy opadają na jego koszulę, kiedy znów biegnę po tej cholernej łące, bawiąc się z nim w berka. Oczami wyobraźni znów stoję w sali balowej, jego szeroki uśmiech, łagodzi krzyk naszej nauczycielki tańca, próbującej nauczyć nas walca, przed jego dziesiątymi urodzinami. Znów trzymam jego dłoń, kiedy budzi się w środku nocy nękany koszmarami. 
- Mogę.- szepczę ledwie słyszalnie, sięgając palcami do ukrytej kieszeni mojej kurtki.- Mogę mu pomóc.
Oczy James'a rozszerzają się lekko, kiedy orientuje się do czego piję. Szybko nakrywa dłonią moją dłoń. Jego spojrzenie wyraża zaskoczenie, ale jednocześnie panikę.
- Nie zrobisz tego, Syd. Nie pozwolę Ci na to.- szepcze udręczonym głosem
- Jamie...
- Mayra. Pomyśl o niej. - szepcze przerażony, kręcąc głową
- Nie jesteś nią, Jamie.- łzy płyną po moich policzkach.- A ja już wiem co robię. James, proszę...- łkam cicho, przytulając twarz do jego klatki piersiowej.
Chłopak obejmuje mnie lekko, gładząc moje plecy.
- Wtedy w Londynie- mówi z trudem- od razu Cię poznałem. Nie widziałem cię przez prawie dekadę, ale kiedy spojrzałem w twoje oczy wiedziałem, że to ty. Po prostu wiedziałem. Przez te wszystkie lata, kiedy nie było Cię przy mnie, wiedziałem, że czegoś brakuje. Każdej nocy śnił mi się ten sam koszmar. Byłaś na wyciągnięcie mojej ręki, lecz mnie nie widziałaś. Nie słyszałaś kiedy waliłem pięściami w szklaną ścianę odgradzającą mnie od ciebie, krzycząc twoje imię. A ty się uśmiechałaś. Śmiałaś się, lecz ...
-Proszę, przestań...-szepczę, drżącym głosem
- Śmiałaś się, lecz nie mogłem usłyszeć brzmienie twojego śmiechu... To było najgorsze ze wszystkiego... Spójrz na mnie, Syd.
Mrugam, odganiając łzy, po czym spoglądam w jego oczy. Mimo bólu uśmiecha się do mnie.
- Kocham Cię, Syd. Kochałem Cię odkąd pierwszy raz Cię ujrzałem. Kochałem Cię, kiedy dorastaliśmy razem, a także przez te wszystkie lata kiedy żyliśmy, nie pamiętając o swoim istnieniu. Kochałem Cię...
- Cśśśśś- proszę
- Kochałem Cię, kiedy ujrzałem Cię na tej ławce w parku. I kochałem Cię, za każdym razem kiedy kazałaś mi iść do diabła. Kocham Cię, księżniczko. I będę Cię kochał do ostatniego tchnienia. Nie chcę umrzeć, zanim się tego nie dowiesz. 
-Proszę, pozwól mi to zrobić, Jamie...- szepczę przez łzy.
-Syd...
- Pomyśl o Chris'ie. O Emily. I o Clary.- wyliczam- Oni nie mogą cię stracić- łkam- Ja... Ja nie mogę Cię stracić.
W następnej chwili przyciskam usta do jego ust, całując go lekko.
- Nie mogę Cię stracić, Jay- szlocham, kiedy odrywam się od jego warg.
Opieram głowę na jego piersi, po czym łkam w jego koszulę.
- Zrób to.-  szepcze James po chwili
Przez łzy spoglądam na jego twarz. Powieki chłopaka opadły w wycieńczeniu.
Mrugam powiekami, odganiając łzy, które napływają do moich oczu. Z roztargnieniem wyciągam srebrną stelę z kieszeni kurtki. Rozrywam jego koszulę, odsłaniając pokrytą runami klatkę piersiową. Ściągam moje skórzane okrycie, po czym podwijam rękaw swetra. Przejeżdżam palcem wskazującym po bliźnie na wewnętrznej stronie mojego lewego nadgarstka.
-Syd...- szepcze cicho Tommy, klękając obok mnie.- Na pewno chcesz to zrobić?- pyta cicho
W odpowiedzi kiwam głową.
Tom delikatnie kładzie dłoń na moich plecach, głaskając mnie lekko, kiedy przykładam stellę do nagiej skóry. Wciągam z głośnym sykiem powietrze, kiedy rozgrzany kryształ na nowo wypala moją skórę. Obezwładniający ból rozprzestrzenia się po moim ciele. Szkarłatna krew powoli wypływa z rany. Dotykam czubkiem stelli  otwartej rany, rysując cieniutkie złote linie. Ogień zaczyna krążyć w moich żyłach. Jęczę cicho z bólu. Ozdobne linie zamieniają się w tak dobrze znany mi znak, runę, którą znam tylko ja. Osocze cieknące z rany, przybiera złotawą barwę, podobną do tej jaka teraz płynie w moich żyłach. Przyciskam dłoń do brzucha, zwijając się z bólu, kiedy zranienie się zasklepia.
-Skarbie- napięty głos Thomas'a rozbrzmiewa przy moim uchu.- Musisz się pośpieszyć.
Podnoszę ociężale głowę, przesuwając się w stronę nieprzytomnego James'a. Przyciskam stellę do jego chłodnej klatki. Rozrysowuję na wysokości jego serca złotą sieć linii, układających się w skomplikowaną runę.Jego krew przybiera złotą barwę, powoli płynącą do licznych uszkodzeń jego ciała. Słyszę swój własny krzyk bólu, lecz nie umiem określić skąd on dochodzi. Wycieńczona opadam na ziemię, kiedy pochłania mnie ciemność.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------
Witajcie, kochane misiaczki! Przepraszam, że rozdział pojawia się dopiero dzisiaj, choć był napisany już od dłuższego czasu, ale za diabła nie umiałam napisać końcówki. No, nic....
Mam nadzieję, że rozdział wam się podoba. Proszę, komentujcie, to naprawdę pomaga.
Gdyby ktoś nie zrozumiał co się stało pod koniec ( bo wiem, że cały moment związany z uleczaniem jest dość kiepsko napisany, za co bardzo przepraszam) niech da znać w komentarzu, chętnie wyjaśnię jak działa "moc" Syd...
Co do nowego rozdziału przewiduję go za max. tydzień.
Chciałabym wam również polecić nowego bloga Mani Mai:http://ukrytetajemnice.blogspot.com/
Początek bardzo mi się podoba <3
Ps. Czy ktoś zwrócił uwagę na pewne zdrobnienie padające w rozdziale? Jestem taka przebiegła...
-adeczka45

niedziela, 20 grudnia 2015

Rozdział 20- Księga I

***Sydney***
Idź do pokoju i spakuj nasze rzeczy.
Cichy głos bruneta odbija się echem w mojej głowie, kiedy z roztargnieniem wrzucam najpotrzebniejsze przedmioty do skórzanej torby podróżnej, którą przywiózł ze sobą Tom. Część ubrań, moich jak i chłopaka po chwili ląduje w walizce, zajmując miejsce tuż obok broni i kosmetyków. W oddzielnej kieszeni umieszczam nasze dokumenty, zarówno te prawdziwe i sfałszowane. oraz sześć plików pieniędzy, każdy po sto banknotów o najwyższym dostępnym nominale. Euro, Funty, Dolary. Każdej waluty po dwa. Karty płatnicze można zbyt łatwo namierzyć. Co nie znaczy, że z nich nie korzystamy. W kieszeni jeansów znajduję klucz do szuflady w szafce nocnej. Wkładam go do zamka, po czym z szarpnięciem otwieram szufladę. Wrzucam zdjęcie Aaron'a i Arii do torby, nasuwam pierścień fearii na palec. Moja dłoń zatrzymuje się jednak na ostatniej rzeczy leżącej w maleńkiej skrytce. Lioxam*. Chwytam na wpół pustą fiolkę, przyglądając się jej zawartości. Wiem, że powinnam zażyć pigułkę zaraz po przebudzeniu, ale tak bardzo nie znoszę efektów jej działania. Lek otumania moje zmysły, dodatkowo nie pozwalając mi korzystać z moich zdolności. Po chwili stwierdzam, że nie mogę sobie dzisiaj pozwolić na brak czujności. W końcu każda wymówka jest dobra, prawda?
Nie wiem jak długo będziemy mogli tu zostać.
Pozwalam moim włosom opaść kaskadami na plecy. Ściągam mój kardigan oraz crop top, zamieniając je na ciepły sweter w kolorze wina. Jeansy zostają zastąpione, przez skórzane spodnie. Na stopy wsuwam buty wykonane z tego samego materiału. Do kieszeni mojej ukochanej kurtki wsuwam tyle sztyletów i pejczów ile jestem w stanie w niej zmieścić. Zakładam ją po czym przerzucam na plecy kołczan pełen zatrutych strzał. W momencie kiedy chwytam w dłoń łuk, ktoś wchodzi do pokoju. Instynktownie sięgam do strzał, już po chwili mierząc do intruza.
Kiedy jednak orientuję się kto stoi przede mną, opuszczam broń.
Spuchnięte od płaczu oczy rudowłosej, napawają mnie smutkiem.
-Co tutaj robisz, Clay?
Przyglądam się jej potarganym włosom oraz rozmazanemu tuszowi.
Nie zasłużyła na to. Nie zasłużyła na śpiączkę Jocie, ani na całą tą bajeczkę o niej i Wayland'dzie.
-Przyszłam porozmawiać.- jej smutny głos, przypomina mi o słowach, które wypowiedział James zanim tu przybyliśmy.
Zajmij się nią, Syd. Nie pozwól by spotkało ją coś, co ją zniszczy. Nie pozwól by przeszła przez koszmar, przez który my wciąż przechodzimy. Obiecaj mi to, Syd.
A ja obiecałam.
-To długa historia.
Ta miłość ją niszczy. Należy jej się prawda. A chociaż jej część.
Dziewczyna uśmiecha się słabo, zajmując miejsce na łóżku.
-Mam czas.
Z westchnieniem opadam na łóżko.
Opieram głowę na jednej z poduszek, zaczynając opowieść.
- Naprawdę nazywam się Samantha Rosemary Amanda Cairstair. Nie wiem czy coś Ci to mówi, szczerze mówiąc mało mnie to obchodzi. Jestem córką Erica Emanuela Cairstair'a oraz Katherine Annabelle Geneview Fairchild-Cairstair. Moja matka jest daleką kuzynką Jocenlyn. To właśnie przez twoją mamę moi rodzice się poznali.- wzdycham- Widzisz, twoja mama i mój tata byli ze sobą bardzo blisko. Dalej są...
-Nie rozumiem. Myślałam, że moja mama odcięła się od tego świata.- przerywa Clary
- Jocie jest jego parabatai. Takiej więzi nie da się zerwać. Cokolwiek by się stało. Kiedy twoja mama poznała Valentine'a oddalili się od siebie. W przeciwieństwie do mojej matki, nigdy nie należał do kręgu, ani nie pochwalał jego poczynań. Jednak zakochał się w mojej matce. Niedługo potem pobrali się, a na świat przyszłam ja. Mój tata i twoja mama na pogodzili się, Jocenlyn została moją matką chrzestną. Nie wiedzieli jednak, że Krąg się zjednoczył i zaczął działać za ich plecami. Wiele dzieci umarło w tamtym okresie, przez ich nielegalne eksperymenty. Nie wiem kim trzeba być, żeby poddawać badaniom swoje własne nienarodzone dziecko, ale moja matka to zrobiła.
Zszokowane spojrzenie rudowłosej, spoczywa na mojej twarzy.
- Jesteś jak ja?
Mój pozbawiony wesołości śmiech rozchodzi się po pokoju.
- W żadnym stopniu mnie nie przypominasz, Clary. - mówię z goryczą.- Ale to nie oznacza, że jesteś jedyna. Są inne dzieci, nastolatkowie, dorośli, a także starcy z krwią Anioła. Wiele 'ulepszonych' pokoleń już umarło. Wiele się jeszcze narodzi. Twój brat nie jest jedyną osobą z krwią Demonów. Jest ich wiele. Ale ja... ja jestem jedyna w swoim rodzaju. Dziecko zarówno Piekła, jak i Nieba. Cierpienia i Odkupienia. Śmierci i Życia. Tylko ja przetrwałam. Każda ciąża ze zmieszaną krwią, kończyła się poronieniem lub martwymi narodzinami. To dzięki temu jestem tym kim jestem. Uśmiercanie daje mi siłę, uzdrawianie ją odbiera. Prosta transakcja wymienna. - kończę mówić, uśmiechając się smutno
-Co miałaś na myśli mówiąc o mnie i o Jace'ie? Wtedy w salonie?- cichy głos Clay przerywa spokojną ciszę.
Zamykam oczy, biorąc głęboki oddech, rozpoczynając historię dla której tu przyszła.
-Jak wiesz, nasze rodziny są, a może raczej były blisko ze sobą związane. Jocie była dla mnie jak matka, dlatego z tego powodu dużo czasu spędzałam w rezydencji twojego ojca. Przyjaźniłam się z Jay'em, to znaczy Johnatanem, kiedy byliśmy dziećmi. Kiedy ty się urodziłaś uwielbialiśmy zabierać Cię na łąkę i czytać ci bajki. Pamiętam jak łapaliśmy razem motyle, śmiejąc się przy tym bezustannie,
- Jak to możliwe? Przecież Jace jest ode mnie tylko rok starszy!
- Johnatan jest od ciebie starszy o ponad cztery lata,  Clay. A nawet gdyby był siedemnastolatkiem, odziedziczył urodę po dziadku.- uśmiecham się lekko, kiedy oczyma wyobraźni dostrzegam 9 letniego Morgenstern'a, o zielonych oczach i brązowych kręconych włosach- W niczym nie przypomina twojego Wayland'a, Clary.
Niedowierzanie błyszczy w oczach podekscytowanej dziewczyny, kiedy szybko siada, wpatrując się w moją twarz.
- Ale czy to...? Czy to znaczy, że my...?
- Jace nie jest twoim brat...-urywam, kiedy mrożący krew w żyłach krzyk dociera do moich uszu.
-------------------------------------------------------------------------------
*Lioxam- silny lek działający na ośrodkowy układ nerwowy, stosowany przy leczeniu ostrych i przewlekłych psychoz schizofrenicznych oraz innych stanów psychotycznych, w których dominują objawy pozytywne (omamy, urojenia, zaburzenia myślenia, wrogość, podejrzliwość) i (lub) objawy negatywne (zobojętnienie uczuciowe, emocjonalne i społeczne wycofywanie się, zubożenie wypowiedzi).
---------------------------------------------------------------------------------
Misie, moje kochane!
Mam nadzieję, że rozdział wam się podoba. Przepraszam, za opuźnienie, w ramach wynagrodzenia poznajecie kilka sekretów Syd, jak i faktów dotyczących przeszłości Morgensternów. Postaram się wrzucić R21 przed świętami, ale nie wiem jak czas dopisze.
KOMENTUJCIE!!!!
-adeczka45

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Rozdział 19-Księga I

W rozdziale pojawiają się przekleństwa. Czytasz na własną odpowiedzialność!
***Clary***
-Chciałbym wam coś powiedzieć.- donośny głos Alec'a skutecznie ucina wszelkie rozmowy.  Wszystkie spojrzenia odwracają się w stronę mówiącego bruneta. Chłopak splata nerwowo palce, jego blada twarz, napawa mnie niepokojem.
- O co chodzi, Alec?- pyta Izzy, niecierpliwie wpatrując się w oczy brata.
Nocny Łowca głośno przełyka ślinę, mocno zaciskając zęby.
- Postano...- drżący głos nastolatka pokazuje jego poddenerwowanie. Brunet bierze 3 głębokie oddechy, uspokajając się nieco. - Postanowiłem ujawnić się przed rodzicami.
Wypowiedziane na jednym tchu słowa, sprawiają, że w pomieszczeniu zalega grobowa cisza. 
Pierwsza z szoku otrząsa się Izzy, mocno przytulając się do brata. Łzy dumy spływają po jej zarumienionych policzkach, wsiąkając w t-shirt krewnego. 
- Nie mówisz poważnie.
Gwałtownie odwracam głowę w stronę, z której dochodzi wściekły głos. Gniewne spojrzenie czarnowłosej, jeszcze przed chwilą tulącej się do ramienia Thomas'a,  spoczywa na skulonej postaci Alec'a. 
-Nie możesz tego zrobić, Al. Nie pozwolę Ci na to.
Zaskoczony chłopak wpatruje się w Sydney, szukając w jej obliczu śladu blefu.
- To ty powiedziałaś mi, żebym nie wstydził się miłości.- odpowiada cicho brunet.
- Mówiłam, żebyś sobie jej nie odmawiał, a nie o tym byś ogłaszał ją całemu światu, na litość boską!
Ból na twarzy Alec'a, odrobinę łagodzi jej rozwścieczenie. Czarnowłosa wzdycha cicho, przeczesując hebanowe kosmyki palcami.
- Al, zranienie Cię to naprawdę ostatnia rzecz, której teraz chcę.- przez jej nieskazitelną twarz przemyka niejednoznaczny grymas- Ale...- wahanie w jej głosie sprawia, że nagle dziewczyna, ta niesamowita dziewczyna stojąca przed nami wydaje się bardziej... ludzka?
-Rozmawiałeś o tym chociaż z Bane'm?
Na dźwięk nazwiska czarownika, policzki niebieskookiego przybierają różaną barwę.
- Tak myślałam.- stwierdza gorzko Syd
- To nie jego sprawa. I prawdę mówiąc, Syd, Ciebie to też nie dotyczy.
W pomieszczeniu na chwilę zapada cisza, którą przerywa pozbawiony krzty wesołości śmiech szarookiej.
- Mnie to nie dotyczy?! -dziewczyna kręci głową z powątpieniem, po czym odwraca spojrzenie błyszczących tęczówek w stronę płomieni.- Naprawdę, myślisz,że mnie to nie dotyczy? Boże, Alec, nie sądziłam, że jesteś aż tak ślepy.
Pełne usta Nocnej Łowczyni rozciągają się w smutnym uśmiech, kiedy młoda kobieta kontynuuje swoją wypowiedź.
-Nie wiem co w tobie jest Alexandrze, ale zależy mi na tobie. Nigdy wcześniej tego nie czułam. Tej cholernej potrzeby utrzymania Cię przy życiu. Na anioła, przecież to śmieszne! Lubię Cię, naprawdę. Byłbyś dobrym przyjacielem. Szkoda, że nigdy nim nie zostaniesz. Ale tak czy inaczej nie pozwolę Ci tego zrobić.
- Niech Cię szlag, Sydney!- wzdrygam się słysząc podszyty furią krzyk czarnowłosego- Zrobię to czy Ci się to podoba czy nie!
- Po moim trupie. Jeśli będę musiała zakuć Cię w kajdany, ogłuszyć i wywieźć na Syberię, zrobię to. I wierz mi, w porównaniu  z tym co zrobią Ci ludzie, których nazywasz rodzicami, to będzie jak pobyt w Spa! Nie masz pojęcia do czego Robert jest zdolny.
Imię czterdziestolatka wypowiedziane niczym najgorsze przekleństwo, wciąż obija mi się w uszach.
- Jeśli jeszcze raz powiesz choćby złe słowo na temat Roberta lub Maryse, to przysięgam, że...- zaciśnięta szczęka Jace'a sygnalizuje, że blondyn niedługo już nie wytrzyma.
-Że co?! Uderzysz mnie?!-pyta sarkastycznie Sydney, zerkając na jego złożone pięści- No dalej!
- Jestem pewien, że twój chłopaczek na posyłki dobrze się tobą zajmie.- mówi, rzucając pogardliwe spojrzenie w stronę Thomasa.
- Jesteś prawdziwym chujem, Wayland.- w oczach czarnowłosej dostrzegam autentyczną rządzę mordu. Wygląda jakby miała zaraz rzucić się na chłopaka.- Pewnie odziedziczyłeś to po mamusi. Ona też była niezłą suką.
- Jak ty właśnie nazwałaś moją mamę?- mój głos rozbrzmiewa w pomieszczeniu, zanim zdążę się powstrzymać.
Boże, Clay- rzuca wściekle Nocna Łowczyni, obracając się w moją stronę- Mówiłam o Sharon, nie o Joce...- urywa niespodziewanie, nagle zdając sobie sprawę z tego co właśnie powiedziała.
Otwieram w oszołomieniu oczy, niedowierzająco wpatrując się w szarooką.
-Co powiedziałaś?- zimny głos Jace'a przecina gęstniejące powietrze w pokoju niczym lecący sztylet.
Czarnowłosa rzuca spanikowane spojrzenie Thomasowi, który podchodzi do niej szybkim krokiem. Chłopak pochyla się w jej stronę, szepcząc jej coś do ucha. W odpowiedzi  Sydney lekko kiwa głową.
- Co do cholery powiedziałaś?!- wściekły głos blondyna znów atakuje dziewczynę.
Nastolatka rzuca się w kierunku drzwi wyjściowych, blondyn szybko podąża jej śladem.
- Daj jej spokój.- oziębły głos młodego Penhallow'a, zastępującego złotookiemu drogę, jeszcze bardziej rozjusza siedemnastolatka.
Ja jednak wciąż stoję w bez ruchu, a jedna myśl odbiera mi zdolność mowy.
Sydney, czego nam nie powiedziałaś?
-------------------------------------------------------------------------
Misie, moje kochane! Mam nadzieję, że rozdział wam się podoba. Nie mam już siły go sprawdzać, więc jak wyłapiecie jakieś błędy to dajcie znać w komentarzu. Przepraszam za brak odzewu z mojej strony przez tak długi czas, ale moja wena umierała. Następny rozdział powinien pojawić się do końca tygodnia.
-adeczka45